poniedziałek, 23 lutego 2009

Biegówki. Walę tynki! Wolę biegówki! (14.02.2009)

Plan był ambitny na ten weekend - przedłużony urlopem. Worek Raczański z buta. Tylko ten śnieg jakoś tak się uwziął - niewiadomo czemu - akurat wtedy, kiedy nie miałam ze sobą brać nart! Ale luty jest, więc ma prawo!

Rzeczy do spakowania leżały rozłożone na podłodze, kiedy zadzwoniła towarzyszka i ostatecznie odwołałyśmy wyjazd w Beskid Żywiecki. Nie byłam niepocieszona. Tutaj śnieg też padał gęsto, więc możliwość wypróbowania nowych nart z nie mniejszą radością, niż wcześniej wizję wypadu w góry.

Tymczasem siedziałam na podłodze między rozproszonymi drobiazgami do pakowania i zabrałam się za ich przegrupowywanie - gdzie co spowrotem schować. Chleb, herbata, pasztety pójdą do kuchni. Ale pomidorkom koktajlowym na pewno nie dam się wymknąć tak łatwo! W schronisku pewno ich smak przyćmiłaby herbata, lub cokolwiek co ciepłe! Jednak tu, na tej podłodze, było To miejsce i Ten czas! Żeby tak każde rozczarowanie smakowało tak dobrze!

Zgarnęłam manatki z podłogi. Sokczyłam do spiżarni po żelazko i zabrałam razem z nowymi nartami do piwnicy. Za chwilę w podziemiu unosił się zapach rozgrzanej patafiny. Muszę dopracować wietrzenie, brakowało by jeszcze tego, żebym się uzależniła od parafinowych wizji!Przy okazji wypróbowałam doskonałe właściwości cykliniarskie blaszki, którą pewna firma kurierska dołącza do swoich przsyłek.

Następnego dnia (dzisiaj) - wyjątkowo nie bladym świtem - gromkim "Muuuuuchaaaaaa!!!!" poinformowałam sąsiadów w promieniu kilometra o moich rekreacyjnych planach. Pies stawił się niezawodnie, rozradowany chyba jak nigdy dotąd. Już jej się utrwaliło w świadomości co oznacza to poranne wołanie. Przy okazji pozostałe dwa paszczaki też już wiedziały o co chodzi. Niestety musiały zostać w domu. Mucha - biegówkowy pimpek jakoś ujdzie bez smyczy. Dwa owczarki niemieckie do tego byłyby chyba nieco nie na miejscu. Oczywiście nie obyło się bez zawodzenia i wycia... Cóż... Pozostaje wynagrodzić im to popołudniowym spacerem...

Ostatni raz tyle śniegu napadało chyba w czasach, kiedy jeszcze miewałałam ferie, a jednak miejscami miałam okazję słyszeć nieznany mi dotąd furkot łuski na kamieniach... Połowę trasy przejeździłam po cudzych przysypanych śladach. Znaczy że Ten Drugi nadal funckjonuje. Chyba nawet zasugerował się moją ostatnią trasą... Na mokradła przy autostradzie... Ups! Tym razem mróz był mniejszy, i młodszy. Ale nie było tak źle! Przedarł się dzielnie i skutecznie. A ja miałam małego stracha, kiedy ślad się urwał. Zostaje człowiek na środku mokradełka, na jakiejś zaśnieżonej kępie trawy, wokół w nie tak znowu głębokim w śniegu szemrzące żwawo bajorka. "Władca Pierścieni" mi się przypomniał, część II zdaje się... Obeszłam najbardziej podmokle wyglądającąprzestrzeń, co dwa kroki dziobiąc kijami kępki śniegu i kałuże. Widać żwawo przemykające przede mną dwie sarny nie miały tak dramatycznych skojarzeń. Żeby to każda kałuża dawała taki przyjemny szumek adrenaliny! Albo może lepiej nie. Potem pozostawało się wdrapać na drogę i śmignąć wzdłuż autostrady. Tym razem nawiało mnóstwo śniegu. Nie ma co wybrzydzać, że za dużo. Ważne, że było po czym sunąć! W drugą strone może tu się świetnie jechać. I ryzyko nieudanego hamowania nie takie straszne... Zawsze można się wbić w siatkę na zakręcie...

Już na leśnej drodze zobaczyłam za sobą dwa przemykające dziki. Strefa paśnika. Bardzo przyjemny odcinek nadal zagracony zwalonymi przez drwali drzewami. Podążałam zgodnie wyznaczonym wcześniej śladem. Nad, pod w przysiadzie, z lewej, z prawej i w półprzysiadzie. Ścieżka zdrowia...Aż tu usłyszałam huk. Za chwilę drugi, trzeci. Myślę sobie - fajnie! Za mną dziki, przede mną myśliwi. A ja bynajmniej nie jaskerawa i nie odblaskowa. Jakaś taka stresująca dzisiaj ta wyprawa... Pogwizduję sobie... Nie ma co... Może mnie nie wezmą za dzika z astmą do odstrzału... W najgorszym wypadku nagrobku napiszą mi "Poświęciła życie dla sportu"... Łubudu! Z karabinu maszynowego strzelają czy co?

Hm... A to panowie robotnicy drewno pakowali na przyczepy... Proza gospodarki leśnej. I po strachu. Zapętliłam jeszcze co nieco, myknęłam wzdłuż autostrady. Na zjazd w drugą stronę już mi zaczynało brakować kalorii, więc ruszyłam ponownie koło paśnika w drogę powrotną. Widać w międzyczasie był tu naczelny karmiciel. Pozdrawiam i zachęcam do wędrowania z tymi płaskimi saneczkami po całym lesie! Bardzo przyjemnie się jechało po tych śladach!

A potem już tylko zjazd ulicą w dół. Odprawienie czarów, żeby akurat żadne auto nie jechało. Szkoda trasy na kombinowanie. Ulica biała, gładziudka, miodzio! Ostatni raz tak się rozpędzałam jeszcze w czasach, kiedy miewałam ferie. To było wtedy, kiedy próbowałam hamować płógiem... No właśnie... Właściwie trzeba by już zacząć hamować... Ale jak...

Powiem tak... Może kiedyś uda mi się gładko przeskoczyć krawężnik i wychamować na głębokim śniegu... Tymczasem mam nauczkę żeby "dupnąć" przed czasem. Godności oraz tyłka i tak nie uratuję... A ślizgi - owszem... Na szczęście straty nie są tak straszne, jakie z początku się wydawały. Niech nam żyje gruba parafina! Przycharatane wiązanie zyskało odrobinę lanserskiego charakteru. A ten wiór na ślizgu... Hm... Tak oto narty przeszły chrzest bojowy! Teraz juz będę grzeczna.

[niedziela]

Dziesięć saren przyłapanych na gorącym uczynku, świeży ślad - i sarni, i dziczy, i ludzki, i biegowy. Słowem - zwierzyny w lesie pełno

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz