Ogólne założenie wypadu: sobota na nartach.
Planowane miejsce akcji: Pilsko.
W skład wesołej drużyny ostatecznie weszło sześć osób. Pięciu narciarzy zjazdowych i ja – biegówkowa sierota.
Plan padał gęsto. Pilsko, Stożek, Soszów. Dla mnie wszystkie trzy opcje były do przyjęcia. Byle był wyciąg krzesełkowy. Na biegówkach oczywiście dostałabym się orczykiem do góry, ale z powrotem byłby już problem. Ostatecznie wylądowaliśmy pod Soszowem.
Wyjechałam z całym majdanem na górę. Narty i kije miałam dobrze związane, ale nie przemyślałam taktyki wsiadania na krzesełko, więc nie uniknęłam szermierki z rurkami zabezpoeczającymi. W każdym razie udało mi się dostać na górę bez gubienia ładunku.
Buty trekingowe zostawiłam na przechowaniu w schronisku. Przeanalizowałam linie hipsometryczne na mapie i obrałam cel. Przełęcz Beskidek, czyli Czantoria na azymucie. Przyjemny, urozmaicony, ale jednak łagodny trawers. Miałam dwie godziny na powrót. Potem miałam się spotkać z przyjaciółmi szusującymi na soszowskich stokach. Szlak przejechany ratrakiem, potem przeorany butami turystów.
Jak na złość, kiedy na horyzoncie nie było nikogo, jechało mi się doskonale (no, może nieco pokracznie). Natomiast ledwo pojawiali się na szlaku ludzie – traciłam równowagę, wpadałam z impetem w zaspę, nadziewałam się na kije lub buty wypinały się z wiązań. Taki program artystyczny, urozmaicający marsz turystom.
Na szczęście ludzi na szlaku nie było zbyt wiele, więc takie ekstrema nie zdarzały się zbyt często. Minęło mnie w sumie z 7 osób. Większość z buta, jeden rodzynek na rakietach. Potem na Soszowie widziałam jeszcze człapiącego turowca. Wszyscy w kierunku Czantoria – Soszów. Kiepska widoczność pozwala mi tutaj wcisnąć mój ulubiony zwrot o majaczących w oddali szczytach. Najprzyjemniejszy moment wyprawy poza samą jazdą – popas na rozgałęzieniu szlaków. Dźwięk otwieranego termosa przecinający ciszę i odgłos herbaty wlewanej do kubka godny reklamy telewizyjnej. Oto zaleta samotnej wędrówki. Wyostrza się słuch i rzecz tak banalna jak łyk herbaty na szlaku urasta do rangi przeżycia estetycznego. Na tym się chyba kończą zalety samotnej wędrówki.
To był punkt, w którym czerwony i niebieski szlak się rozchodziły. Jakoś za wcześnie na Czantorię. Zjechałam jeszcze trochę. Czas powoli się kończył, ścieżka zaczęła schodzić ostrzej w dół, więc bez żalu odwróciłam się o 180 stopni i z satysfakcją powędrowałam powrotem. Z pewnym zaciekawieniem i rozbawieniem czytałam własne ślady. Trop urywał się i przenosił z powrotem na ścieżkę, jeśli wjeżdżając w zaspę udało mi się złapać równowagę i nie grzmotnąć na ziemię. W takich wypadkach na śniegu odciskały się moje kończyny w różnej konfiguracji. Jeśli teren był płaski, ślad był wąski. Czasami, nie wiem jakim cudem, na śniegu odciskała się tylko pojedynczy trop. Zjazdy wyznaczały rozchodzące się linie. Nigdy bym nie pomyślała, że mogę mieć aż taki rozstaw. Czego się nie robi dla uniknięcia upadku, który w końcu i tak jest nieuchronny!
Zdaje się, że umiejętność hamowania pozostanie dla mnie problemem nierozwiązanym. Bazuję na sile woli i wierze, że prędzej czy później i tak się zatrzymam. Jeśli już podejmowałam jakąś akcję, polegało to na zaparciu się kijkami. Hamowanie ostatecznie kończyło się upadkiem, bardziej lub mniej kontrolowanym. Zawsze to lepiej niż zginąć, nadziewając się na własne kijki. Tak to niewprawny narciarz stanowi niebezpieczeństwo dla samego siebie.
Kolejna rzecz do której muszę przywyknąć to fakt, że myśleć, że się zatrzymało i zatrzymać się – to nie to samo. Właśnie dlatego wyrżnęłam na środku równej, płaskiej ścieżki tuż pod schroniskiem. Nie nazwałabym tego pędem, a jednak wyprostowałam się za wcześnie i... pac. Podniosłam się godnie, z miną hardcorowca, który „przebył noc długą i nikt go nie wita” poczłapałam do schroniska.
Godnie i profesjonalnie omiotłam ekwipunek ze śniegu. Dumnie ustawiłam na stojaku. Co jak co, ale tych nart na pewno nikt mi nie zwinie. Lansersko, ściągając chustkę z głowy, zarzuciłam grzywą i wkroczyłam do schroniska. Za chwilę, po szybkim przepakowaniu zasiadłam w błogości nad mapą. Herbata z cytryną parowała ze szklanki, a ja próbowałam ustalić gdzie właściwie zawędrowałam.
Czyżbym była aż tak dobra? Przeleciałam w godzinę taki dystans, takie podejście, nie zauważyłam stacji turystycznej? Przecież dopiero pod Czantorią rozchodzą się szlaki… No i wyszło szydło z worka… Tuż przed Przełęczą Beskidek znajduje się niewielkie rozgałęzienie szlaków. Na Soszowie Małym.
Szanowni Państwo!
Oto przeczytaliście historię kolejnej wiekopomnej wyprawy! Z Soszowa Wielkiego na Soszów Mały. I z powrotem. W półtorej godziny.
Co przeżyłam to moje!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz