Dzisiaj też człapałam. Co ja mówię! Sunęłam całkiem konkretnie!
Szczególnie ciekawa to opowieść nie będzie. Idzie mi coraz lepiej i "dosprzętowiłam" się nieco, więc coraz mniej jest rzeczy z których się mogę ponabijać.
Na początku powiem, że śnieg jest boski! Jakieś 20 cm będzie. Ale to w lesie. Na mojej ulicy, mimo usilnych starań służb miejskich i mieszkańców - ku mojej uciesze - śnieg dalej zalega na drodze.
Nie jest to jakaś tam warstwa puchu, ale wyjeżdżona biała gładź, po której narty suną swobodnie i to niekoniecznie zgodnie z planowanym kierunkiem. Pod górę jakoś wyczłapałam, nawet się specjalnie nie męcząc, ale w rodze powrotnej odkryam kolejne ścięgna, o których nie wiedziałam. Ile ich jeszcze przede mną do odkrycia? Byle nie do zerwania...
Wyruszyłam z samego rana, więc nie musiałam się martwić o nadchodzący zmrok. Hasałam ze 2 godziny. Bardzo przyjemnie się sunęło nieco wyjeżdżoną leśna drogą. Nie musiałam brnąć w śniegu. Na sporym odcinku nawet się pięknie i gładko rozpędziłam. Nie wiem, czy przyjmuję odpowiednią pozycję podczas jazdy... W sumie ważne, że się nie przewracam... Gdybym miała tę pozycję jakoć ochrzcic, nadałabym jej nazwę "cichy szogun"... Były też odcinki przedeptanych i nie przedeptanych ścieżek. Były też odcinki boskiego chaszczingu. Las generalnie zryty przez dziki róznych rozmiarów. Ocenie podlegały zarówno rozmiary racic (znaczy rapet), jak i ryjów (nie wiem jak jest ryj po myśliwsku). Nie chciałabym spotkać tego towarzystwa na żywo... Mam na myśli dziki, a nie myśliwych Trasę zrobiłam podobną do ostatniej, no, może ją trochę rozciągnęłam i zapętliłam. Po wyjściu z lasu przyszła kolej na podziwianie znanej już panoramy. Tym razem bez świateł. Za to mogę wciznąć moje ulubione "majaczenie w oddali". Bo trochę mgliście było.
Wspomniany już wcześniej bunkier zdobyłam. Wczłapałam na górę, po czym postanowiłam zjechać. Tak, na nartach też, ale głownie na d... A potem już było z górki. Ale lekkiej. Do domu. U wrót powitała mnie Mucha. Znaczy mój biegówkowy pies. Wygodnicka się zrobiła na starość. Z okazji zimna zaszyła się gdzieś głęboko i nie dosłyszała porannego wołania na spacer. Teraz z fascynacją i błyskiem zazdrości w oku obwąchiwała moje ortaliony, narty i resztę sprzętu. Następnym razem ciaptoku pilnuj, co się na podwórku dzieje!
A następny raz planuję na jutro
[...]
No i byłam. Mucha od rana była uświadamiana, że idziemy n anarty, więc stawiła się zwarta i gotowa. Szkoda, że się ociepla. Śnieg zrobił się lepki. A ja nie nasmarowałam nart po wczorajszym. Choć nie wiem czy to by coś dało. Pętelkę zrobiłam podobną jak wczoraj, ale ograniczyłam chaszczing do niezbędnego minimum. Zresztą pojawił się w lesie obcy ślad. Pozdrawiam serdecznie! Już się dziwiłam, że śnieg jest, weekend, a śladów ani widu. A tu się jednak ktoś obudził ze snu zimowego, tak więc kawałek trasy miałam przyjemność pokonać na zrobionym śladzie. W dodatku nie moim. Niestety na odcinku, który wczoraj był chyba najprzyjemniejszy, dzisiaj śnieg zaczął mi się niemiłosiernie kleić do nart. Zrobiłam postój, odrapałam, ale niestety niewiele to dało. Strasznie mi to humor zepsuło. Dopiero na ujeżdżonej ulicy, na finisz odzyskałam przyzwoity poślizg. Mam nadzieję, że mróz złapie do przyszłej soboty i będę mogła z przyjemnością pohasać. A z zadowoleniem przyznaję, że czuję się w tym coraz lepiej.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz