Miało być o podróżach, a pewnie będzie o wszystkim. Spróbujmy się trzymać głównego tematu.
O co chodzi? Ano głównie o to, żeby się znaleźć gdzie indziej, niż tam, gdzie się jest zakotwiczonym.
I już tu sprawa nam się rozpada na mnóstwo kwestii:
Dlaczego?
Po co?
Dokąd?
Dlaczego tam?
Jak daleko zaczyna się "tam" i kiedy to jest bliżej? Itd...
I tak pytania stają się coraz dłuższe...
Dalej w odpowiedzi mają się posypać banały, tautologie i frazesy. No i po co?
No właśnie. Dlaczego ja właściwie ruszam ten temat? Ostatnio pojawiło się życiu mnóstwo bodźców związanych z podróżami. Wysypały się zwora prosto na mnie. Począwszy od własnych ciągot dużych i małych, przez ludzi, których w czasie mniejszych i większych wypadów spotkałam, dalej ich wyprawy większe i mniejsze, opowieści o wyprawach mniejszych i większych, filmy, książki, zdjęcia, mapy i przewodniki...
I jakiś z tego wszystkiego wyłania się obraz?
Ano taki, że chciałabym, żeby po zwykłych polskich dziurach podróżowało się z tymi samymi emocjami (to akurat mam), z tą samą otwartością na piękno i metafizykę, z tą samą ciekawością, spotykało się tak samo otwartych i ciekawych ludzi, co w najdalszych krańcach świata.
Czy tak się da?
Czy to tylko kwestia odwagi, żeby z zapałem zdobywcy pojechać do Pułtuska? Jak obco trzeba wyglądać, żeby gospodyni z Sokolników poczęstowała ciastem i zsiadłym mlekiem? Albo tortem z urodzin córki? Chyba niezbyt obco, skoro i tak bywa. I nie trzeba wcale przemycić się ze stadem Macedończyków na żeby od miłej pani gospodyni dostać piętkę swojskiego chleba.
Więc o co mi chodzi??
Ano o to, by zebrać się w sobie i ruszyć!
czwartek, 26 lutego 2009
poniedziałek, 23 lutego 2009
Biegówki. Szusujemy na Soszowie, czyli każdy orze, jak może (12.01.2009)
Ogólne założenie wypadu: sobota na nartach.
Planowane miejsce akcji: Pilsko.
W skład wesołej drużyny ostatecznie weszło sześć osób. Pięciu narciarzy zjazdowych i ja – biegówkowa sierota.
Plan padał gęsto. Pilsko, Stożek, Soszów. Dla mnie wszystkie trzy opcje były do przyjęcia. Byle był wyciąg krzesełkowy. Na biegówkach oczywiście dostałabym się orczykiem do góry, ale z powrotem byłby już problem. Ostatecznie wylądowaliśmy pod Soszowem.
Wyjechałam z całym majdanem na górę. Narty i kije miałam dobrze związane, ale nie przemyślałam taktyki wsiadania na krzesełko, więc nie uniknęłam szermierki z rurkami zabezpoeczającymi. W każdym razie udało mi się dostać na górę bez gubienia ładunku.
Buty trekingowe zostawiłam na przechowaniu w schronisku. Przeanalizowałam linie hipsometryczne na mapie i obrałam cel. Przełęcz Beskidek, czyli Czantoria na azymucie. Przyjemny, urozmaicony, ale jednak łagodny trawers. Miałam dwie godziny na powrót. Potem miałam się spotkać z przyjaciółmi szusującymi na soszowskich stokach. Szlak przejechany ratrakiem, potem przeorany butami turystów.
Jak na złość, kiedy na horyzoncie nie było nikogo, jechało mi się doskonale (no, może nieco pokracznie). Natomiast ledwo pojawiali się na szlaku ludzie – traciłam równowagę, wpadałam z impetem w zaspę, nadziewałam się na kije lub buty wypinały się z wiązań. Taki program artystyczny, urozmaicający marsz turystom.
Na szczęście ludzi na szlaku nie było zbyt wiele, więc takie ekstrema nie zdarzały się zbyt często. Minęło mnie w sumie z 7 osób. Większość z buta, jeden rodzynek na rakietach. Potem na Soszowie widziałam jeszcze człapiącego turowca. Wszyscy w kierunku Czantoria – Soszów. Kiepska widoczność pozwala mi tutaj wcisnąć mój ulubiony zwrot o majaczących w oddali szczytach. Najprzyjemniejszy moment wyprawy poza samą jazdą – popas na rozgałęzieniu szlaków. Dźwięk otwieranego termosa przecinający ciszę i odgłos herbaty wlewanej do kubka godny reklamy telewizyjnej. Oto zaleta samotnej wędrówki. Wyostrza się słuch i rzecz tak banalna jak łyk herbaty na szlaku urasta do rangi przeżycia estetycznego. Na tym się chyba kończą zalety samotnej wędrówki.
To był punkt, w którym czerwony i niebieski szlak się rozchodziły. Jakoś za wcześnie na Czantorię. Zjechałam jeszcze trochę. Czas powoli się kończył, ścieżka zaczęła schodzić ostrzej w dół, więc bez żalu odwróciłam się o 180 stopni i z satysfakcją powędrowałam powrotem. Z pewnym zaciekawieniem i rozbawieniem czytałam własne ślady. Trop urywał się i przenosił z powrotem na ścieżkę, jeśli wjeżdżając w zaspę udało mi się złapać równowagę i nie grzmotnąć na ziemię. W takich wypadkach na śniegu odciskały się moje kończyny w różnej konfiguracji. Jeśli teren był płaski, ślad był wąski. Czasami, nie wiem jakim cudem, na śniegu odciskała się tylko pojedynczy trop. Zjazdy wyznaczały rozchodzące się linie. Nigdy bym nie pomyślała, że mogę mieć aż taki rozstaw. Czego się nie robi dla uniknięcia upadku, który w końcu i tak jest nieuchronny!
Zdaje się, że umiejętność hamowania pozostanie dla mnie problemem nierozwiązanym. Bazuję na sile woli i wierze, że prędzej czy później i tak się zatrzymam. Jeśli już podejmowałam jakąś akcję, polegało to na zaparciu się kijkami. Hamowanie ostatecznie kończyło się upadkiem, bardziej lub mniej kontrolowanym. Zawsze to lepiej niż zginąć, nadziewając się na własne kijki. Tak to niewprawny narciarz stanowi niebezpieczeństwo dla samego siebie.
Kolejna rzecz do której muszę przywyknąć to fakt, że myśleć, że się zatrzymało i zatrzymać się – to nie to samo. Właśnie dlatego wyrżnęłam na środku równej, płaskiej ścieżki tuż pod schroniskiem. Nie nazwałabym tego pędem, a jednak wyprostowałam się za wcześnie i... pac. Podniosłam się godnie, z miną hardcorowca, który „przebył noc długą i nikt go nie wita” poczłapałam do schroniska.
Godnie i profesjonalnie omiotłam ekwipunek ze śniegu. Dumnie ustawiłam na stojaku. Co jak co, ale tych nart na pewno nikt mi nie zwinie. Lansersko, ściągając chustkę z głowy, zarzuciłam grzywą i wkroczyłam do schroniska. Za chwilę, po szybkim przepakowaniu zasiadłam w błogości nad mapą. Herbata z cytryną parowała ze szklanki, a ja próbowałam ustalić gdzie właściwie zawędrowałam.
Czyżbym była aż tak dobra? Przeleciałam w godzinę taki dystans, takie podejście, nie zauważyłam stacji turystycznej? Przecież dopiero pod Czantorią rozchodzą się szlaki… No i wyszło szydło z worka… Tuż przed Przełęczą Beskidek znajduje się niewielkie rozgałęzienie szlaków. Na Soszowie Małym.
Szanowni Państwo!
Oto przeczytaliście historię kolejnej wiekopomnej wyprawy! Z Soszowa Wielkiego na Soszów Mały. I z powrotem. W półtorej godziny.
Co przeżyłam to moje!
Planowane miejsce akcji: Pilsko.
W skład wesołej drużyny ostatecznie weszło sześć osób. Pięciu narciarzy zjazdowych i ja – biegówkowa sierota.
Plan padał gęsto. Pilsko, Stożek, Soszów. Dla mnie wszystkie trzy opcje były do przyjęcia. Byle był wyciąg krzesełkowy. Na biegówkach oczywiście dostałabym się orczykiem do góry, ale z powrotem byłby już problem. Ostatecznie wylądowaliśmy pod Soszowem.
Wyjechałam z całym majdanem na górę. Narty i kije miałam dobrze związane, ale nie przemyślałam taktyki wsiadania na krzesełko, więc nie uniknęłam szermierki z rurkami zabezpoeczającymi. W każdym razie udało mi się dostać na górę bez gubienia ładunku.
Buty trekingowe zostawiłam na przechowaniu w schronisku. Przeanalizowałam linie hipsometryczne na mapie i obrałam cel. Przełęcz Beskidek, czyli Czantoria na azymucie. Przyjemny, urozmaicony, ale jednak łagodny trawers. Miałam dwie godziny na powrót. Potem miałam się spotkać z przyjaciółmi szusującymi na soszowskich stokach. Szlak przejechany ratrakiem, potem przeorany butami turystów.
Jak na złość, kiedy na horyzoncie nie było nikogo, jechało mi się doskonale (no, może nieco pokracznie). Natomiast ledwo pojawiali się na szlaku ludzie – traciłam równowagę, wpadałam z impetem w zaspę, nadziewałam się na kije lub buty wypinały się z wiązań. Taki program artystyczny, urozmaicający marsz turystom.
Na szczęście ludzi na szlaku nie było zbyt wiele, więc takie ekstrema nie zdarzały się zbyt często. Minęło mnie w sumie z 7 osób. Większość z buta, jeden rodzynek na rakietach. Potem na Soszowie widziałam jeszcze człapiącego turowca. Wszyscy w kierunku Czantoria – Soszów. Kiepska widoczność pozwala mi tutaj wcisnąć mój ulubiony zwrot o majaczących w oddali szczytach. Najprzyjemniejszy moment wyprawy poza samą jazdą – popas na rozgałęzieniu szlaków. Dźwięk otwieranego termosa przecinający ciszę i odgłos herbaty wlewanej do kubka godny reklamy telewizyjnej. Oto zaleta samotnej wędrówki. Wyostrza się słuch i rzecz tak banalna jak łyk herbaty na szlaku urasta do rangi przeżycia estetycznego. Na tym się chyba kończą zalety samotnej wędrówki.
To był punkt, w którym czerwony i niebieski szlak się rozchodziły. Jakoś za wcześnie na Czantorię. Zjechałam jeszcze trochę. Czas powoli się kończył, ścieżka zaczęła schodzić ostrzej w dół, więc bez żalu odwróciłam się o 180 stopni i z satysfakcją powędrowałam powrotem. Z pewnym zaciekawieniem i rozbawieniem czytałam własne ślady. Trop urywał się i przenosił z powrotem na ścieżkę, jeśli wjeżdżając w zaspę udało mi się złapać równowagę i nie grzmotnąć na ziemię. W takich wypadkach na śniegu odciskały się moje kończyny w różnej konfiguracji. Jeśli teren był płaski, ślad był wąski. Czasami, nie wiem jakim cudem, na śniegu odciskała się tylko pojedynczy trop. Zjazdy wyznaczały rozchodzące się linie. Nigdy bym nie pomyślała, że mogę mieć aż taki rozstaw. Czego się nie robi dla uniknięcia upadku, który w końcu i tak jest nieuchronny!
Zdaje się, że umiejętność hamowania pozostanie dla mnie problemem nierozwiązanym. Bazuję na sile woli i wierze, że prędzej czy później i tak się zatrzymam. Jeśli już podejmowałam jakąś akcję, polegało to na zaparciu się kijkami. Hamowanie ostatecznie kończyło się upadkiem, bardziej lub mniej kontrolowanym. Zawsze to lepiej niż zginąć, nadziewając się na własne kijki. Tak to niewprawny narciarz stanowi niebezpieczeństwo dla samego siebie.
Kolejna rzecz do której muszę przywyknąć to fakt, że myśleć, że się zatrzymało i zatrzymać się – to nie to samo. Właśnie dlatego wyrżnęłam na środku równej, płaskiej ścieżki tuż pod schroniskiem. Nie nazwałabym tego pędem, a jednak wyprostowałam się za wcześnie i... pac. Podniosłam się godnie, z miną hardcorowca, który „przebył noc długą i nikt go nie wita” poczłapałam do schroniska.
Godnie i profesjonalnie omiotłam ekwipunek ze śniegu. Dumnie ustawiłam na stojaku. Co jak co, ale tych nart na pewno nikt mi nie zwinie. Lansersko, ściągając chustkę z głowy, zarzuciłam grzywą i wkroczyłam do schroniska. Za chwilę, po szybkim przepakowaniu zasiadłam w błogości nad mapą. Herbata z cytryną parowała ze szklanki, a ja próbowałam ustalić gdzie właściwie zawędrowałam.
Czyżbym była aż tak dobra? Przeleciałam w godzinę taki dystans, takie podejście, nie zauważyłam stacji turystycznej? Przecież dopiero pod Czantorią rozchodzą się szlaki… No i wyszło szydło z worka… Tuż przed Przełęczą Beskidek znajduje się niewielkie rozgałęzienie szlaków. Na Soszowie Małym.
Szanowni Państwo!
Oto przeczytaliście historię kolejnej wiekopomnej wyprawy! Z Soszowa Wielkiego na Soszów Mały. I z powrotem. W półtorej godziny.
Co przeżyłam to moje!
Biegówki. Kaskaderka (17.02.2009)
Dzisiaj szczęśliwym trafem wróciłam z roboty na tyle wcześnie, by móc w ten piękny dzionek śmignąć sobie na biegówkach.
Myślałam, ze tym razem to już nic ciekawego do opisania się nie zdarzy... A jednak!
Ogólnie rzecz biorąc, było hardcore'owo! Co chwila się wywalałam (ewidentnie jakaś taka rozproszona bywam pod koniec dnia chyba). Albo za bardzo się prostowałam, albo za bardzo przechylałam do przodu. Za bardzo w lewo, za bardzo w prawo, śnieg za głęboki, albo zbyt wyślizgany. Drzewa były zbyt blisko siebie, a gałęzie za nisko... No nie... Może aż tak źle to nie było.
Wynagrodziły mi te trudy wrażenia przyrodnicze. Obfitość tropów na odcinku "trakt leśny nr 3" (bagienka), a także widziane na żywo takie okazy fauny, jak taka wielka latająca czarna drapieżna kura z brązowym ogonem (Jastrząb albo co? Duże to było!), koziołek sarny oraz narciarz biegowy sztuk 1. Toż to dopiero rzadki garunek! W dodatku spotkany dwa razy na trasie. Wygląda na to, że przestaje być garunkiem zagrożonym wyginieciem. Osobnik na oko dość zdrowy. Prócz popularnych tropów dzików i saren (oraz psów) dość licznie występowały tropy narciarskie. Ze szczególnym natężeniem w odcinku "trakt leśny nr 4". Nie dziwota! Przyjemny odcinek. I taki "wyczynowy" w połaczeniu z "ulicą nr 6"! Rodzina moja wczoraj spotkała dwa inne osobniki, które wraz z psem północy przekraczały główny trakt. Trzebaby postawić jakieś znaki... "Uwaga dzikie zwierzęta" już stoi.
Tak to w radosnym przyrodniczym nastroju przemierzałam leśne trakty, ścieżki i dróżki, nie bacząc na niedogodności. Przyszedł czas na triumfalny zjazd moją ulicą... Co tu dużo mówić...
Ledwo skończył się spad dający stosowny rozpęd, a narta zatrzymała się na kamieniu albo kawałku lodu, a runęłam z impetem na lewe kolano, poczułam jak wywija mi się prawa noga (nie wiem jak, ale tak, że oparłam się o nosek narty), chwycił mnie niebotyczny skurcz w łydce, sycząc brzydkie angielskie słowo rzuciłam się do wiązań. Dalej sycząc wstałam, sprawnie zebrałam rozrzucone kije i narty, wbiłam je w śnieg na poboczu, po czym - już nie stanowiąc zagrozenia dla ewentualnego ruchu drogowego - oddałam się syczeniu, zawodzeniu, rozciąganiu nogi.
Angielskiemu "f..." nadałam bardziej metafizyczny ton, oddałam się kontemplacji własnego bólu. W tym czasie wierna towarzyszka typu pimpek ustawiła się do głaskania. Zdolniacha! Wie, co to dogoterapia. Wygłaskałam Muchę, powzdychałam jeszcze nad swoim losem. Po czym zdecydowałam się jednak zjechać w dół ulicy. Oczywiście zachowawczo.
Ulica nieprzyjemnie wyślizgana. Minęłam zaparkowany pod lasem samochód z bagażnikiem "biegówkowym" na dachu. W środku pies (typu pimpek albo jakiś taki york?). Obszczekała mnie bestia - pewnie z zazdrości!Ja tymczasem wbrew sile woli jechałam prosto między koła zaparkowanego pod jednym z domów busa. Szofer sparaliżowany moim widokiem (czy po prostu zaciekawiony?) śledził mój jednostajnie przyspieszony slizg prosto na zderzak jego samochodu. Ja tymczasem zniżyłam się maksymalnie do poziomu ziemi i klapnęłam z gracją.Żal mi tego pana. Biegówki to taki piękny sport, a biedaczysko akurat zetknął się z jego najmniej imponującą formą.
Stłuczone kolano i obolała łydka włączyły mi jednak opcję znieczulenia ambicji, więc wstałam, przeczłapałam na druga stronę ulicy i wyznaczając azymut dalszej jazdy ruszyłam dalej. Kiedy zbliżałam się już do kresu podróży, wjechałam na głębszy śneg, i klapnęłam z gracją, nim dosięgłam krawężnika (nauczona wcześniejszymi doświadczeniami!)Kiedy dumna (i jak zwykle blada) wchodziłam triumfalnie na podwórko (przeżyłam!), rodzic wniósł zastrzeżenie, cobym starała się hamować z większą gracją...
- Tate - odrzekłam - to taki styl właśnie! Naukowo udowodniono, że skutkiem hamowania na biegówkach, prędzej czy później ląduje się na d...pie. Ja zatem wyprzedzam fakty i właśnie staram się to czynić z gracją.Następnym razem przy takich warunkach wypnę narty i zejdę jak człowiek.
Myślałam, ze tym razem to już nic ciekawego do opisania się nie zdarzy... A jednak!
Ogólnie rzecz biorąc, było hardcore'owo! Co chwila się wywalałam (ewidentnie jakaś taka rozproszona bywam pod koniec dnia chyba). Albo za bardzo się prostowałam, albo za bardzo przechylałam do przodu. Za bardzo w lewo, za bardzo w prawo, śnieg za głęboki, albo zbyt wyślizgany. Drzewa były zbyt blisko siebie, a gałęzie za nisko... No nie... Może aż tak źle to nie było.
Wynagrodziły mi te trudy wrażenia przyrodnicze. Obfitość tropów na odcinku "trakt leśny nr 3" (bagienka), a także widziane na żywo takie okazy fauny, jak taka wielka latająca czarna drapieżna kura z brązowym ogonem (Jastrząb albo co? Duże to było!), koziołek sarny oraz narciarz biegowy sztuk 1. Toż to dopiero rzadki garunek! W dodatku spotkany dwa razy na trasie. Wygląda na to, że przestaje być garunkiem zagrożonym wyginieciem. Osobnik na oko dość zdrowy. Prócz popularnych tropów dzików i saren (oraz psów) dość licznie występowały tropy narciarskie. Ze szczególnym natężeniem w odcinku "trakt leśny nr 4". Nie dziwota! Przyjemny odcinek. I taki "wyczynowy" w połaczeniu z "ulicą nr 6"! Rodzina moja wczoraj spotkała dwa inne osobniki, które wraz z psem północy przekraczały główny trakt. Trzebaby postawić jakieś znaki... "Uwaga dzikie zwierzęta" już stoi.
Tak to w radosnym przyrodniczym nastroju przemierzałam leśne trakty, ścieżki i dróżki, nie bacząc na niedogodności. Przyszedł czas na triumfalny zjazd moją ulicą... Co tu dużo mówić...
Ledwo skończył się spad dający stosowny rozpęd, a narta zatrzymała się na kamieniu albo kawałku lodu, a runęłam z impetem na lewe kolano, poczułam jak wywija mi się prawa noga (nie wiem jak, ale tak, że oparłam się o nosek narty), chwycił mnie niebotyczny skurcz w łydce, sycząc brzydkie angielskie słowo rzuciłam się do wiązań. Dalej sycząc wstałam, sprawnie zebrałam rozrzucone kije i narty, wbiłam je w śnieg na poboczu, po czym - już nie stanowiąc zagrozenia dla ewentualnego ruchu drogowego - oddałam się syczeniu, zawodzeniu, rozciąganiu nogi.
Angielskiemu "f..." nadałam bardziej metafizyczny ton, oddałam się kontemplacji własnego bólu. W tym czasie wierna towarzyszka typu pimpek ustawiła się do głaskania. Zdolniacha! Wie, co to dogoterapia. Wygłaskałam Muchę, powzdychałam jeszcze nad swoim losem. Po czym zdecydowałam się jednak zjechać w dół ulicy. Oczywiście zachowawczo.
Ulica nieprzyjemnie wyślizgana. Minęłam zaparkowany pod lasem samochód z bagażnikiem "biegówkowym" na dachu. W środku pies (typu pimpek albo jakiś taki york?). Obszczekała mnie bestia - pewnie z zazdrości!Ja tymczasem wbrew sile woli jechałam prosto między koła zaparkowanego pod jednym z domów busa. Szofer sparaliżowany moim widokiem (czy po prostu zaciekawiony?) śledził mój jednostajnie przyspieszony slizg prosto na zderzak jego samochodu. Ja tymczasem zniżyłam się maksymalnie do poziomu ziemi i klapnęłam z gracją.Żal mi tego pana. Biegówki to taki piękny sport, a biedaczysko akurat zetknął się z jego najmniej imponującą formą.
Stłuczone kolano i obolała łydka włączyły mi jednak opcję znieczulenia ambicji, więc wstałam, przeczłapałam na druga stronę ulicy i wyznaczając azymut dalszej jazdy ruszyłam dalej. Kiedy zbliżałam się już do kresu podróży, wjechałam na głębszy śneg, i klapnęłam z gracją, nim dosięgłam krawężnika (nauczona wcześniejszymi doświadczeniami!)Kiedy dumna (i jak zwykle blada) wchodziłam triumfalnie na podwórko (przeżyłam!), rodzic wniósł zastrzeżenie, cobym starała się hamować z większą gracją...
- Tate - odrzekłam - to taki styl właśnie! Naukowo udowodniono, że skutkiem hamowania na biegówkach, prędzej czy później ląduje się na d...pie. Ja zatem wyprzedzam fakty i właśnie staram się to czynić z gracją.Następnym razem przy takich warunkach wypnę narty i zejdę jak człowiek.
Biegówki. Walę tynki! Wolę biegówki! (14.02.2009)
Plan był ambitny na ten weekend - przedłużony urlopem. Worek Raczański z buta. Tylko ten śnieg jakoś tak się uwziął - niewiadomo czemu - akurat wtedy, kiedy nie miałam ze sobą brać nart! Ale luty jest, więc ma prawo!
Rzeczy do spakowania leżały rozłożone na podłodze, kiedy zadzwoniła towarzyszka i ostatecznie odwołałyśmy wyjazd w Beskid Żywiecki. Nie byłam niepocieszona. Tutaj śnieg też padał gęsto, więc możliwość wypróbowania nowych nart z nie mniejszą radością, niż wcześniej wizję wypadu w góry.
Tymczasem siedziałam na podłodze między rozproszonymi drobiazgami do pakowania i zabrałam się za ich przegrupowywanie - gdzie co spowrotem schować. Chleb, herbata, pasztety pójdą do kuchni. Ale pomidorkom koktajlowym na pewno nie dam się wymknąć tak łatwo! W schronisku pewno ich smak przyćmiłaby herbata, lub cokolwiek co ciepłe! Jednak tu, na tej podłodze, było To miejsce i Ten czas! Żeby tak każde rozczarowanie smakowało tak dobrze!
Zgarnęłam manatki z podłogi. Sokczyłam do spiżarni po żelazko i zabrałam razem z nowymi nartami do piwnicy. Za chwilę w podziemiu unosił się zapach rozgrzanej patafiny. Muszę dopracować wietrzenie, brakowało by jeszcze tego, żebym się uzależniła od parafinowych wizji!Przy okazji wypróbowałam doskonałe właściwości cykliniarskie blaszki, którą pewna firma kurierska dołącza do swoich przsyłek.
Następnego dnia (dzisiaj) - wyjątkowo nie bladym świtem - gromkim "Muuuuuchaaaaaa!!!!" poinformowałam sąsiadów w promieniu kilometra o moich rekreacyjnych planach. Pies stawił się niezawodnie, rozradowany chyba jak nigdy dotąd. Już jej się utrwaliło w świadomości co oznacza to poranne wołanie. Przy okazji pozostałe dwa paszczaki też już wiedziały o co chodzi. Niestety musiały zostać w domu. Mucha - biegówkowy pimpek jakoś ujdzie bez smyczy. Dwa owczarki niemieckie do tego byłyby chyba nieco nie na miejscu. Oczywiście nie obyło się bez zawodzenia i wycia... Cóż... Pozostaje wynagrodzić im to popołudniowym spacerem...
Ostatni raz tyle śniegu napadało chyba w czasach, kiedy jeszcze miewałałam ferie, a jednak miejscami miałam okazję słyszeć nieznany mi dotąd furkot łuski na kamieniach... Połowę trasy przejeździłam po cudzych przysypanych śladach. Znaczy że Ten Drugi nadal funckjonuje. Chyba nawet zasugerował się moją ostatnią trasą... Na mokradła przy autostradzie... Ups! Tym razem mróz był mniejszy, i młodszy. Ale nie było tak źle! Przedarł się dzielnie i skutecznie. A ja miałam małego stracha, kiedy ślad się urwał. Zostaje człowiek na środku mokradełka, na jakiejś zaśnieżonej kępie trawy, wokół w nie tak znowu głębokim w śniegu szemrzące żwawo bajorka. "Władca Pierścieni" mi się przypomniał, część II zdaje się... Obeszłam najbardziej podmokle wyglądającąprzestrzeń, co dwa kroki dziobiąc kijami kępki śniegu i kałuże. Widać żwawo przemykające przede mną dwie sarny nie miały tak dramatycznych skojarzeń. Żeby to każda kałuża dawała taki przyjemny szumek adrenaliny! Albo może lepiej nie. Potem pozostawało się wdrapać na drogę i śmignąć wzdłuż autostrady. Tym razem nawiało mnóstwo śniegu. Nie ma co wybrzydzać, że za dużo. Ważne, że było po czym sunąć! W drugą strone może tu się świetnie jechać. I ryzyko nieudanego hamowania nie takie straszne... Zawsze można się wbić w siatkę na zakręcie...
Już na leśnej drodze zobaczyłam za sobą dwa przemykające dziki. Strefa paśnika. Bardzo przyjemny odcinek nadal zagracony zwalonymi przez drwali drzewami. Podążałam zgodnie wyznaczonym wcześniej śladem. Nad, pod w przysiadzie, z lewej, z prawej i w półprzysiadzie. Ścieżka zdrowia...Aż tu usłyszałam huk. Za chwilę drugi, trzeci. Myślę sobie - fajnie! Za mną dziki, przede mną myśliwi. A ja bynajmniej nie jaskerawa i nie odblaskowa. Jakaś taka stresująca dzisiaj ta wyprawa... Pogwizduję sobie... Nie ma co... Może mnie nie wezmą za dzika z astmą do odstrzału... W najgorszym wypadku nagrobku napiszą mi "Poświęciła życie dla sportu"... Łubudu! Z karabinu maszynowego strzelają czy co?
Hm... A to panowie robotnicy drewno pakowali na przyczepy... Proza gospodarki leśnej. I po strachu. Zapętliłam jeszcze co nieco, myknęłam wzdłuż autostrady. Na zjazd w drugą stronę już mi zaczynało brakować kalorii, więc ruszyłam ponownie koło paśnika w drogę powrotną. Widać w międzyczasie był tu naczelny karmiciel. Pozdrawiam i zachęcam do wędrowania z tymi płaskimi saneczkami po całym lesie! Bardzo przyjemnie się jechało po tych śladach!
A potem już tylko zjazd ulicą w dół. Odprawienie czarów, żeby akurat żadne auto nie jechało. Szkoda trasy na kombinowanie. Ulica biała, gładziudka, miodzio! Ostatni raz tak się rozpędzałam jeszcze w czasach, kiedy miewałam ferie. To było wtedy, kiedy próbowałam hamować płógiem... No właśnie... Właściwie trzeba by już zacząć hamować... Ale jak...
Powiem tak... Może kiedyś uda mi się gładko przeskoczyć krawężnik i wychamować na głębokim śniegu... Tymczasem mam nauczkę żeby "dupnąć" przed czasem. Godności oraz tyłka i tak nie uratuję... A ślizgi - owszem... Na szczęście straty nie są tak straszne, jakie z początku się wydawały. Niech nam żyje gruba parafina! Przycharatane wiązanie zyskało odrobinę lanserskiego charakteru. A ten wiór na ślizgu... Hm... Tak oto narty przeszły chrzest bojowy! Teraz juz będę grzeczna.
[niedziela]
Dziesięć saren przyłapanych na gorącym uczynku, świeży ślad - i sarni, i dziczy, i ludzki, i biegowy. Słowem - zwierzyny w lesie pełno
Rzeczy do spakowania leżały rozłożone na podłodze, kiedy zadzwoniła towarzyszka i ostatecznie odwołałyśmy wyjazd w Beskid Żywiecki. Nie byłam niepocieszona. Tutaj śnieg też padał gęsto, więc możliwość wypróbowania nowych nart z nie mniejszą radością, niż wcześniej wizję wypadu w góry.
Tymczasem siedziałam na podłodze między rozproszonymi drobiazgami do pakowania i zabrałam się za ich przegrupowywanie - gdzie co spowrotem schować. Chleb, herbata, pasztety pójdą do kuchni. Ale pomidorkom koktajlowym na pewno nie dam się wymknąć tak łatwo! W schronisku pewno ich smak przyćmiłaby herbata, lub cokolwiek co ciepłe! Jednak tu, na tej podłodze, było To miejsce i Ten czas! Żeby tak każde rozczarowanie smakowało tak dobrze!
Zgarnęłam manatki z podłogi. Sokczyłam do spiżarni po żelazko i zabrałam razem z nowymi nartami do piwnicy. Za chwilę w podziemiu unosił się zapach rozgrzanej patafiny. Muszę dopracować wietrzenie, brakowało by jeszcze tego, żebym się uzależniła od parafinowych wizji!Przy okazji wypróbowałam doskonałe właściwości cykliniarskie blaszki, którą pewna firma kurierska dołącza do swoich przsyłek.
Następnego dnia (dzisiaj) - wyjątkowo nie bladym świtem - gromkim "Muuuuuchaaaaaa!!!!" poinformowałam sąsiadów w promieniu kilometra o moich rekreacyjnych planach. Pies stawił się niezawodnie, rozradowany chyba jak nigdy dotąd. Już jej się utrwaliło w świadomości co oznacza to poranne wołanie. Przy okazji pozostałe dwa paszczaki też już wiedziały o co chodzi. Niestety musiały zostać w domu. Mucha - biegówkowy pimpek jakoś ujdzie bez smyczy. Dwa owczarki niemieckie do tego byłyby chyba nieco nie na miejscu. Oczywiście nie obyło się bez zawodzenia i wycia... Cóż... Pozostaje wynagrodzić im to popołudniowym spacerem...
Ostatni raz tyle śniegu napadało chyba w czasach, kiedy jeszcze miewałałam ferie, a jednak miejscami miałam okazję słyszeć nieznany mi dotąd furkot łuski na kamieniach... Połowę trasy przejeździłam po cudzych przysypanych śladach. Znaczy że Ten Drugi nadal funckjonuje. Chyba nawet zasugerował się moją ostatnią trasą... Na mokradła przy autostradzie... Ups! Tym razem mróz był mniejszy, i młodszy. Ale nie było tak źle! Przedarł się dzielnie i skutecznie. A ja miałam małego stracha, kiedy ślad się urwał. Zostaje człowiek na środku mokradełka, na jakiejś zaśnieżonej kępie trawy, wokół w nie tak znowu głębokim w śniegu szemrzące żwawo bajorka. "Władca Pierścieni" mi się przypomniał, część II zdaje się... Obeszłam najbardziej podmokle wyglądającąprzestrzeń, co dwa kroki dziobiąc kijami kępki śniegu i kałuże. Widać żwawo przemykające przede mną dwie sarny nie miały tak dramatycznych skojarzeń. Żeby to każda kałuża dawała taki przyjemny szumek adrenaliny! Albo może lepiej nie. Potem pozostawało się wdrapać na drogę i śmignąć wzdłuż autostrady. Tym razem nawiało mnóstwo śniegu. Nie ma co wybrzydzać, że za dużo. Ważne, że było po czym sunąć! W drugą strone może tu się świetnie jechać. I ryzyko nieudanego hamowania nie takie straszne... Zawsze można się wbić w siatkę na zakręcie...
Już na leśnej drodze zobaczyłam za sobą dwa przemykające dziki. Strefa paśnika. Bardzo przyjemny odcinek nadal zagracony zwalonymi przez drwali drzewami. Podążałam zgodnie wyznaczonym wcześniej śladem. Nad, pod w przysiadzie, z lewej, z prawej i w półprzysiadzie. Ścieżka zdrowia...Aż tu usłyszałam huk. Za chwilę drugi, trzeci. Myślę sobie - fajnie! Za mną dziki, przede mną myśliwi. A ja bynajmniej nie jaskerawa i nie odblaskowa. Jakaś taka stresująca dzisiaj ta wyprawa... Pogwizduję sobie... Nie ma co... Może mnie nie wezmą za dzika z astmą do odstrzału... W najgorszym wypadku nagrobku napiszą mi "Poświęciła życie dla sportu"... Łubudu! Z karabinu maszynowego strzelają czy co?
Hm... A to panowie robotnicy drewno pakowali na przyczepy... Proza gospodarki leśnej. I po strachu. Zapętliłam jeszcze co nieco, myknęłam wzdłuż autostrady. Na zjazd w drugą stronę już mi zaczynało brakować kalorii, więc ruszyłam ponownie koło paśnika w drogę powrotną. Widać w międzyczasie był tu naczelny karmiciel. Pozdrawiam i zachęcam do wędrowania z tymi płaskimi saneczkami po całym lesie! Bardzo przyjemnie się jechało po tych śladach!
A potem już tylko zjazd ulicą w dół. Odprawienie czarów, żeby akurat żadne auto nie jechało. Szkoda trasy na kombinowanie. Ulica biała, gładziudka, miodzio! Ostatni raz tak się rozpędzałam jeszcze w czasach, kiedy miewałam ferie. To było wtedy, kiedy próbowałam hamować płógiem... No właśnie... Właściwie trzeba by już zacząć hamować... Ale jak...
Powiem tak... Może kiedyś uda mi się gładko przeskoczyć krawężnik i wychamować na głębokim śniegu... Tymczasem mam nauczkę żeby "dupnąć" przed czasem. Godności oraz tyłka i tak nie uratuję... A ślizgi - owszem... Na szczęście straty nie są tak straszne, jakie z początku się wydawały. Niech nam żyje gruba parafina! Przycharatane wiązanie zyskało odrobinę lanserskiego charakteru. A ten wiór na ślizgu... Hm... Tak oto narty przeszły chrzest bojowy! Teraz juz będę grzeczna.
[niedziela]
Dziesięć saren przyłapanych na gorącym uczynku, świeży ślad - i sarni, i dziczy, i ludzki, i biegowy. Słowem - zwierzyny w lesie pełno
Biegówki. Biegam sobie (1.02.2009)
Kolejny wypad przyszedł dość nieoczekiwanie. Aura w ciągu tygodnia nie dawała nadzieji na bieganie w weekend. Mnie samą też dopadł leń i nie miałam ochoty tłuc się w Beskidy z biegówkami, więc planowałam leniwy weekend. A tu w piątek zaczęło sypać
W sobotę też. Jednak cały czas coś kapało z dachu, a z większości dróg śnieg spływał raz dwa.Hasło padło wczoraj. Dalej sypie! Napadało całkiem przyzwoitą pierzynkę. Od wczoraj co chwila wyłaziłam na dwór, macałam śnieg i zaglądałam na termometr. Nauczona poprzednim doświadczeniem porządnie nasmarowałam narty, żeby mi się śnieg nie lepił. Plan był przebiegły. Zdążyć, zanim słońce wyjdzie na dobre i ogrzeje te namiastki warunków narciarskich. Dzisiaj rano na termometrze -3...
Pies wołany do skutku. Trochę to trwało, ale było warto. Mucha była wniebowzięta! Podejście ulicą trwało wieki. Tymbardziej, że przyłożyłam się do sparowania i narty były bardziej śliskie, niż kiedykolwiek. Oczywiście klistrem dalej nie dysponuję... Nawet je trochę kijkiem przecharatałam, żeby nie wisieć cały czas na kijach. Dalej pozostaję pod wrażeniem łusek, które widziałam z bliska po raz pierwszy w ten piątek w sklepie. Zakochałam się! Wyobrażam sobie to przyspieszenie! Mmmm!
Tymczasem poddałam się i w połowie ulicy skręciłam między domy. Zaszaleję i zrobię kółko w przeciwnym kierunku. Dziwnie. Ale przynajmniej nie pod górkę. Ogólnie śniegu mało, ale da się jechać. Chaszczing wykluczyłam. W pierwszym odcinku jechałam na ciekawej mieszance śniegu i liści. Całkiem przyjemnie, przynajmniej bez kamieni. Ze mnie już jest taki rudzki wyjadacz - mam już ulubione odcinki. Zamierzałam pylnąć się tam i spowrotem cywilizowanym odcinkiem, na którym zawsze się tak przyjemnie rozpedzić, ale na horyzoncie pojawił się człowiek z psem północy, więc ja i mój pies typu pimpek przecięłyśmy cywilizacyjny trakt i ruszyłyśmy dawno nie uczęszczaną ścieżką ku autostradzie. Uroczy zakątek. Wąska, krzywa ścieżka. Gdzieniegdzie szczelina w grubym lodzie przysypanym sniegiem, odsłaniała bagienka i szemrzące wody. Spłoszyły się trzy sarny i uciekły z młodnika w starszy las. Ja doszłam do autostrady i szutrową drogą podreptałam w górę. Okropny odcinek. Przy grubszym śniegu na pewno wiekla przyjemność. Dzisiaj pod warstwą śniegu żwir nie pozwalał na ani jedno pociągnięcie nartą. W końcu doczłapałam do bardziej zaśnieżonego leśnego traktu. Po czymś takim - czysta przyjemność!Przerwa na podziwianie widoków. Słońce akurat wyszło nad pagórek i rzuciło cienie drzew do mocih stóp. Fuj! Powiało poetyzmem!
Potem pięknie się rozpędziłam na grubej warstwie śniegu. Nie długo. Leśnicy urządzili sobie wycinkę w ogolicy węzła traktów i pozwalali drzewa na drogę, żeby im ludzie tego drwna nie ukradli. Przeserdecznie pozdrawiam leśników! Żeby ich... Darz bór!
Dzięki uprzejmości panów z piłami mogłam przetestować różne techniki pokonywania przeszkód. Przechodziłam nad, pod, bokiem, frontalnie, okrążałam... Czysta przyjemność...Potem jeszcze przejażdżka po zaśnieżonej prostej, spłoszenie kolejnego trio leśnych rogaczy i zjazd ulicą do domu. Przyjemny ubity śnieg, na nim warstewka świeżego. Raj! Pozycja asekuracyjna cichego szoguna, niespieszne odpychanie się kijami, rozdawanie serdeczności sąsiadom odśnieżającym akurat swoje podjazdy... Żadnej wywrotki! Bosko!
W sobotę też. Jednak cały czas coś kapało z dachu, a z większości dróg śnieg spływał raz dwa.Hasło padło wczoraj. Dalej sypie! Napadało całkiem przyzwoitą pierzynkę. Od wczoraj co chwila wyłaziłam na dwór, macałam śnieg i zaglądałam na termometr. Nauczona poprzednim doświadczeniem porządnie nasmarowałam narty, żeby mi się śnieg nie lepił. Plan był przebiegły. Zdążyć, zanim słońce wyjdzie na dobre i ogrzeje te namiastki warunków narciarskich. Dzisiaj rano na termometrze -3...
Pies wołany do skutku. Trochę to trwało, ale było warto. Mucha była wniebowzięta! Podejście ulicą trwało wieki. Tymbardziej, że przyłożyłam się do sparowania i narty były bardziej śliskie, niż kiedykolwiek. Oczywiście klistrem dalej nie dysponuję... Nawet je trochę kijkiem przecharatałam, żeby nie wisieć cały czas na kijach. Dalej pozostaję pod wrażeniem łusek, które widziałam z bliska po raz pierwszy w ten piątek w sklepie. Zakochałam się! Wyobrażam sobie to przyspieszenie! Mmmm!
Tymczasem poddałam się i w połowie ulicy skręciłam między domy. Zaszaleję i zrobię kółko w przeciwnym kierunku. Dziwnie. Ale przynajmniej nie pod górkę. Ogólnie śniegu mało, ale da się jechać. Chaszczing wykluczyłam. W pierwszym odcinku jechałam na ciekawej mieszance śniegu i liści. Całkiem przyjemnie, przynajmniej bez kamieni. Ze mnie już jest taki rudzki wyjadacz - mam już ulubione odcinki. Zamierzałam pylnąć się tam i spowrotem cywilizowanym odcinkiem, na którym zawsze się tak przyjemnie rozpedzić, ale na horyzoncie pojawił się człowiek z psem północy, więc ja i mój pies typu pimpek przecięłyśmy cywilizacyjny trakt i ruszyłyśmy dawno nie uczęszczaną ścieżką ku autostradzie. Uroczy zakątek. Wąska, krzywa ścieżka. Gdzieniegdzie szczelina w grubym lodzie przysypanym sniegiem, odsłaniała bagienka i szemrzące wody. Spłoszyły się trzy sarny i uciekły z młodnika w starszy las. Ja doszłam do autostrady i szutrową drogą podreptałam w górę. Okropny odcinek. Przy grubszym śniegu na pewno wiekla przyjemność. Dzisiaj pod warstwą śniegu żwir nie pozwalał na ani jedno pociągnięcie nartą. W końcu doczłapałam do bardziej zaśnieżonego leśnego traktu. Po czymś takim - czysta przyjemność!Przerwa na podziwianie widoków. Słońce akurat wyszło nad pagórek i rzuciło cienie drzew do mocih stóp. Fuj! Powiało poetyzmem!
Potem pięknie się rozpędziłam na grubej warstwie śniegu. Nie długo. Leśnicy urządzili sobie wycinkę w ogolicy węzła traktów i pozwalali drzewa na drogę, żeby im ludzie tego drwna nie ukradli. Przeserdecznie pozdrawiam leśników! Żeby ich... Darz bór!
Dzięki uprzejmości panów z piłami mogłam przetestować różne techniki pokonywania przeszkód. Przechodziłam nad, pod, bokiem, frontalnie, okrążałam... Czysta przyjemność...Potem jeszcze przejażdżka po zaśnieżonej prostej, spłoszenie kolejnego trio leśnych rogaczy i zjazd ulicą do domu. Przyjemny ubity śnieg, na nim warstewka świeżego. Raj! Pozycja asekuracyjna cichego szoguna, niespieszne odpychanie się kijami, rozdawanie serdeczności sąsiadom odśnieżającym akurat swoje podjazdy... Żadnej wywrotki! Bosko!
Biegówki. Podejscie drugie (17-18.01.2009)
Dzisiaj też człapałam. Co ja mówię! Sunęłam całkiem konkretnie!
Szczególnie ciekawa to opowieść nie będzie. Idzie mi coraz lepiej i "dosprzętowiłam" się nieco, więc coraz mniej jest rzeczy z których się mogę ponabijać.
Na początku powiem, że śnieg jest boski! Jakieś 20 cm będzie. Ale to w lesie. Na mojej ulicy, mimo usilnych starań służb miejskich i mieszkańców - ku mojej uciesze - śnieg dalej zalega na drodze.
Nie jest to jakaś tam warstwa puchu, ale wyjeżdżona biała gładź, po której narty suną swobodnie i to niekoniecznie zgodnie z planowanym kierunkiem. Pod górę jakoś wyczłapałam, nawet się specjalnie nie męcząc, ale w rodze powrotnej odkryam kolejne ścięgna, o których nie wiedziałam. Ile ich jeszcze przede mną do odkrycia? Byle nie do zerwania...
Wyruszyłam z samego rana, więc nie musiałam się martwić o nadchodzący zmrok. Hasałam ze 2 godziny. Bardzo przyjemnie się sunęło nieco wyjeżdżoną leśna drogą. Nie musiałam brnąć w śniegu. Na sporym odcinku nawet się pięknie i gładko rozpędziłam. Nie wiem, czy przyjmuję odpowiednią pozycję podczas jazdy... W sumie ważne, że się nie przewracam... Gdybym miała tę pozycję jakoć ochrzcic, nadałabym jej nazwę "cichy szogun"... Były też odcinki przedeptanych i nie przedeptanych ścieżek. Były też odcinki boskiego chaszczingu. Las generalnie zryty przez dziki róznych rozmiarów. Ocenie podlegały zarówno rozmiary racic (znaczy rapet), jak i ryjów (nie wiem jak jest ryj po myśliwsku). Nie chciałabym spotkać tego towarzystwa na żywo... Mam na myśli dziki, a nie myśliwych Trasę zrobiłam podobną do ostatniej, no, może ją trochę rozciągnęłam i zapętliłam. Po wyjściu z lasu przyszła kolej na podziwianie znanej już panoramy. Tym razem bez świateł. Za to mogę wciznąć moje ulubione "majaczenie w oddali". Bo trochę mgliście było.
Wspomniany już wcześniej bunkier zdobyłam. Wczłapałam na górę, po czym postanowiłam zjechać. Tak, na nartach też, ale głownie na d... A potem już było z górki. Ale lekkiej. Do domu. U wrót powitała mnie Mucha. Znaczy mój biegówkowy pies. Wygodnicka się zrobiła na starość. Z okazji zimna zaszyła się gdzieś głęboko i nie dosłyszała porannego wołania na spacer. Teraz z fascynacją i błyskiem zazdrości w oku obwąchiwała moje ortaliony, narty i resztę sprzętu. Następnym razem ciaptoku pilnuj, co się na podwórku dzieje!
A następny raz planuję na jutro
[...]
No i byłam. Mucha od rana była uświadamiana, że idziemy n anarty, więc stawiła się zwarta i gotowa. Szkoda, że się ociepla. Śnieg zrobił się lepki. A ja nie nasmarowałam nart po wczorajszym. Choć nie wiem czy to by coś dało. Pętelkę zrobiłam podobną jak wczoraj, ale ograniczyłam chaszczing do niezbędnego minimum. Zresztą pojawił się w lesie obcy ślad. Pozdrawiam serdecznie! Już się dziwiłam, że śnieg jest, weekend, a śladów ani widu. A tu się jednak ktoś obudził ze snu zimowego, tak więc kawałek trasy miałam przyjemność pokonać na zrobionym śladzie. W dodatku nie moim. Niestety na odcinku, który wczoraj był chyba najprzyjemniejszy, dzisiaj śnieg zaczął mi się niemiłosiernie kleić do nart. Zrobiłam postój, odrapałam, ale niestety niewiele to dało. Strasznie mi to humor zepsuło. Dopiero na ujeżdżonej ulicy, na finisz odzyskałam przyzwoity poślizg. Mam nadzieję, że mróz złapie do przyszłej soboty i będę mogła z przyjemnością pohasać. A z zadowoleniem przyznaję, że czuję się w tym coraz lepiej.
Szczególnie ciekawa to opowieść nie będzie. Idzie mi coraz lepiej i "dosprzętowiłam" się nieco, więc coraz mniej jest rzeczy z których się mogę ponabijać.
Na początku powiem, że śnieg jest boski! Jakieś 20 cm będzie. Ale to w lesie. Na mojej ulicy, mimo usilnych starań służb miejskich i mieszkańców - ku mojej uciesze - śnieg dalej zalega na drodze.
Nie jest to jakaś tam warstwa puchu, ale wyjeżdżona biała gładź, po której narty suną swobodnie i to niekoniecznie zgodnie z planowanym kierunkiem. Pod górę jakoś wyczłapałam, nawet się specjalnie nie męcząc, ale w rodze powrotnej odkryam kolejne ścięgna, o których nie wiedziałam. Ile ich jeszcze przede mną do odkrycia? Byle nie do zerwania...
Wyruszyłam z samego rana, więc nie musiałam się martwić o nadchodzący zmrok. Hasałam ze 2 godziny. Bardzo przyjemnie się sunęło nieco wyjeżdżoną leśna drogą. Nie musiałam brnąć w śniegu. Na sporym odcinku nawet się pięknie i gładko rozpędziłam. Nie wiem, czy przyjmuję odpowiednią pozycję podczas jazdy... W sumie ważne, że się nie przewracam... Gdybym miała tę pozycję jakoć ochrzcic, nadałabym jej nazwę "cichy szogun"... Były też odcinki przedeptanych i nie przedeptanych ścieżek. Były też odcinki boskiego chaszczingu. Las generalnie zryty przez dziki róznych rozmiarów. Ocenie podlegały zarówno rozmiary racic (znaczy rapet), jak i ryjów (nie wiem jak jest ryj po myśliwsku). Nie chciałabym spotkać tego towarzystwa na żywo... Mam na myśli dziki, a nie myśliwych Trasę zrobiłam podobną do ostatniej, no, może ją trochę rozciągnęłam i zapętliłam. Po wyjściu z lasu przyszła kolej na podziwianie znanej już panoramy. Tym razem bez świateł. Za to mogę wciznąć moje ulubione "majaczenie w oddali". Bo trochę mgliście było.
Wspomniany już wcześniej bunkier zdobyłam. Wczłapałam na górę, po czym postanowiłam zjechać. Tak, na nartach też, ale głownie na d... A potem już było z górki. Ale lekkiej. Do domu. U wrót powitała mnie Mucha. Znaczy mój biegówkowy pies. Wygodnicka się zrobiła na starość. Z okazji zimna zaszyła się gdzieś głęboko i nie dosłyszała porannego wołania na spacer. Teraz z fascynacją i błyskiem zazdrości w oku obwąchiwała moje ortaliony, narty i resztę sprzętu. Następnym razem ciaptoku pilnuj, co się na podwórku dzieje!
A następny raz planuję na jutro
[...]
No i byłam. Mucha od rana była uświadamiana, że idziemy n anarty, więc stawiła się zwarta i gotowa. Szkoda, że się ociepla. Śnieg zrobił się lepki. A ja nie nasmarowałam nart po wczorajszym. Choć nie wiem czy to by coś dało. Pętelkę zrobiłam podobną jak wczoraj, ale ograniczyłam chaszczing do niezbędnego minimum. Zresztą pojawił się w lesie obcy ślad. Pozdrawiam serdecznie! Już się dziwiłam, że śnieg jest, weekend, a śladów ani widu. A tu się jednak ktoś obudził ze snu zimowego, tak więc kawałek trasy miałam przyjemność pokonać na zrobionym śladzie. W dodatku nie moim. Niestety na odcinku, który wczoraj był chyba najprzyjemniejszy, dzisiaj śnieg zaczął mi się niemiłosiernie kleić do nart. Zrobiłam postój, odrapałam, ale niestety niewiele to dało. Strasznie mi to humor zepsuło. Dopiero na ujeżdżonej ulicy, na finisz odzyskałam przyzwoity poślizg. Mam nadzieję, że mróz złapie do przyszłej soboty i będę mogła z przyjemnością pohasać. A z zadowoleniem przyznaję, że czuję się w tym coraz lepiej.
Biegówki. Chrzest bojowy (5.01.2009)
Hehe Udało się! Już w zeszłym tygodniu coś mi mówiło, że się uda. Lustrowałam od jakiegoś czasu prognozy pogody. Z biegówek na Jurze w okolicach sylwestra nici. W końcu chwycił mróz i zaczęło pruszyć! Przyozdobiło nieco świat, ale skończyło się na zjeździe ze stoku na reklamówce i na spacerach z kijami po lesie. Wróciłam do domu, a tu mróz dalej trzyma i śniegu co nieco dosypuje Jakieś 10 cm teraz jest. Na moje oko i prognozę pogody, to może jeszcze dosypie, ale do weekendu nie dotrzyma - jeśli nie stopnieje przy sobotnim zerze, to i tak zrobi się pulpa i z człapania nici...
No więc, jako że dzisiaj nadarzyła się okazja, by wrócić w ekspresowym tempie z pracy - skorzystałam!Jechałam samochodem do domu z bananem na twarzy, obserwując pobocze i las, w którym planowałam pohasać, nim zapadnie zmrok. Kiedy dotarłam do domu (ścigając się ze zmrokiem), w panice przerzuciłam pół szafy w poszukiwaniu gaci, drugie pół szafy w poszukiwaniu skarpet. Zanurkowałam pod komodę po buty. (Wyciągnęłam je z najciemniejszego zakamarka szafy na początku grudnia, napastowałam, wymieniłam gazety... i schowałam. Trochę płycej. Czekały w gotowości) Wyciągnęłam kije zza szafy i narty z zeszłorocznym smarem z piwnicy... (W zeszłym roku skończyło się na smarowaniu. Śnieg moje narty zobaczyły dopiero dzisiaj)
Opis sprzętu
Narty – Polsport-Gorce (czy jakoś tak). Drewniane. Na pewno za krótkie. Smarowane świeczką, topione żelazkiem, benzyny ekstrakcyjnej nie widziały. Słowem – fuszerka i sromota. Ale się ślizgały
Wiązania typu NN 75 (Albo co... Takie z blaszką trzymającą kaczkowaty but i dwiema wypustkami)
Buty historyczne. Skórzane. Na oko – lata 70. Chociaż moje poprzednie (przedwojenne) są w lepszym stanie. Żółte sznurówki. To ważne. Optymizmem bije na odległość.
Kije nowe, kupione w Makro. Ładne. Srebrno-czarne. Przynajmniej długość mają dobrą.
Ciuchy. Gore-texy, polar-texy, wełno-teksy, sztrukso-teksy i inne szmelce
To się nazywa CARPE DIEM! Przebiegając przez kuchnię porwałam kawałek pieczeni, którą zmęczonymi rękami skończyłam po powrocie. Już się ćmiło, ale co tam! Taki piękny śnieg! Pies już przy boku. W drodze do furtki odpadła blaszka z wiązania... Wpycham blaszkę z powrotem! Na odwrót... Mocuję się z blaszką, żeby ją wyciągnąć, cztery razy sprawdzam, zanim znowu ją wepchnę, w końcu mocuję się, żeby ją wmontować z powrotem. Gotowe. Buty wpięte, ruszam w górę ulicy...
Mijam pobrzękujących dzwonkiem ministrantów. Dzisiaj prawa strona ulicy ma kolędę. Zasada dotycząca smarowania na trzymanie odcinka pod stopą jest słuszna... Następnym razem się do niej zastosuję... Jakoś, wdrapując się na kijach pod (lekką bądź, co bądź) górkę docieram do lasu. Pies w tym czasie zdążył zrobić niezliczoną ilość okrążeń i pewnie zdążyłby kilka razy przebiec moją trasę. Jest dobrze. Nic się nie wypięło. No! To teraz śmigam! No... To może za duże słowo... Sunę... Posuwam się do przodu... Człapię... Na jednym odcinku nawet się ładnie rozpędziłam. Gleba!... W najpiękniejszym momencie trafiłam na kamień pod cienką warstwą śniegu. Narta się zatrzymała, ja poleciałam dalej. Ale się nie wypięłam! Jest dobrze!
Pies też się cieszy! Jego nie interesuje, że w ramach ratowania honoru chcę się podnieść jak najszybciej. Wniebowzięty rozsiada się na moich kolanach i zabiera się do lizania mojej twarzy. W końcu się zbieram, zapewniam psa, że jest wspaniale. Zapewniam siebie, że wokół nie ma dzików, które chcą mnie zamordować i pożreć. Ruszam dalej. Człapię, a nawet sunę!
Biada temu, kto zapatrzy się tropy moich nart i zacznie podążać tym śladem. Elegancką jazdą bym tego nie nazwała, ale kijami macham tak jak powinnam, czuję mięśnie, o których istnieniu zapomniałam. Jest dobrze.
Zapadł zmrok. Pies z wesołej ciapy zamienia się w tropiciela i strażnika. Wybiega przede mnie, strzyże uszami. A ja oczyma wyobraźni widzę te stada dzików, czekające na mnie między drzewami. Kto choć raz maszerował przez Ligotę nocą w ostatnich latach, pewnie mnie zrozumie. Na szczęście żaden się nie pojawia.
Wychodzę z lasu. Przede mną rozświetlona latarniami panorama mojej dzielnicy. Prawie Las Vegas. Prawie imponujące. Mijam bunkier, przebijam się przez chaszcze coraz mniej uczęszczanej ścieżki i trafiam na plac budowy. Kiedy ostatni raz tędy szłam, tego domu tu nie było... Teraz eleganckim ślizgiem trzeba tylko dojechać do mojej ulicy. Czuję się jak gwiazda, kiedy zapalają się nade mną kolejne przygarażowe lampy. Dumnie wypinam pierś, obserwowana przez sąsiadów, zerkających z okien... po czym staram się złapać równowagę. To dopiero musi być widok.
Docieram w końcu na moją ulicę. Czasoprzestrzeń się zapętla. Znowu mijam tych samych ministrantów z dzwonkiem.
Moja wyprawa trwała pół godziny. Zdążyłam w tym czasie zaliczyć trzy gleby, w tym jedną kontrolowaną i jedną z rozmachem. Żadne zwierzę się na mnie nie rzuciło, nie licząc rozradowanego psa. Chrzest bojowy zaliczony, mięśnie nieco podmęczone. Chyba trochę śniegu pod nartami przeleci, zanim będę mogła powiedzieć, że „uprawiam narciarstwo biegowe”.
Niemniej nadal twierdzę, że kocham to i na pewno na tym jednym wypadzie się nie skończy! XD
No więc, jako że dzisiaj nadarzyła się okazja, by wrócić w ekspresowym tempie z pracy - skorzystałam!Jechałam samochodem do domu z bananem na twarzy, obserwując pobocze i las, w którym planowałam pohasać, nim zapadnie zmrok. Kiedy dotarłam do domu (ścigając się ze zmrokiem), w panice przerzuciłam pół szafy w poszukiwaniu gaci, drugie pół szafy w poszukiwaniu skarpet. Zanurkowałam pod komodę po buty. (Wyciągnęłam je z najciemniejszego zakamarka szafy na początku grudnia, napastowałam, wymieniłam gazety... i schowałam. Trochę płycej. Czekały w gotowości) Wyciągnęłam kije zza szafy i narty z zeszłorocznym smarem z piwnicy... (W zeszłym roku skończyło się na smarowaniu. Śnieg moje narty zobaczyły dopiero dzisiaj)
Opis sprzętu
Narty – Polsport-Gorce (czy jakoś tak). Drewniane. Na pewno za krótkie. Smarowane świeczką, topione żelazkiem, benzyny ekstrakcyjnej nie widziały. Słowem – fuszerka i sromota. Ale się ślizgały
Wiązania typu NN 75 (Albo co... Takie z blaszką trzymającą kaczkowaty but i dwiema wypustkami)
Buty historyczne. Skórzane. Na oko – lata 70. Chociaż moje poprzednie (przedwojenne) są w lepszym stanie. Żółte sznurówki. To ważne. Optymizmem bije na odległość.
Kije nowe, kupione w Makro. Ładne. Srebrno-czarne. Przynajmniej długość mają dobrą.
Ciuchy. Gore-texy, polar-texy, wełno-teksy, sztrukso-teksy i inne szmelce
To się nazywa CARPE DIEM! Przebiegając przez kuchnię porwałam kawałek pieczeni, którą zmęczonymi rękami skończyłam po powrocie. Już się ćmiło, ale co tam! Taki piękny śnieg! Pies już przy boku. W drodze do furtki odpadła blaszka z wiązania... Wpycham blaszkę z powrotem! Na odwrót... Mocuję się z blaszką, żeby ją wyciągnąć, cztery razy sprawdzam, zanim znowu ją wepchnę, w końcu mocuję się, żeby ją wmontować z powrotem. Gotowe. Buty wpięte, ruszam w górę ulicy...
Mijam pobrzękujących dzwonkiem ministrantów. Dzisiaj prawa strona ulicy ma kolędę. Zasada dotycząca smarowania na trzymanie odcinka pod stopą jest słuszna... Następnym razem się do niej zastosuję... Jakoś, wdrapując się na kijach pod (lekką bądź, co bądź) górkę docieram do lasu. Pies w tym czasie zdążył zrobić niezliczoną ilość okrążeń i pewnie zdążyłby kilka razy przebiec moją trasę. Jest dobrze. Nic się nie wypięło. No! To teraz śmigam! No... To może za duże słowo... Sunę... Posuwam się do przodu... Człapię... Na jednym odcinku nawet się ładnie rozpędziłam. Gleba!... W najpiękniejszym momencie trafiłam na kamień pod cienką warstwą śniegu. Narta się zatrzymała, ja poleciałam dalej. Ale się nie wypięłam! Jest dobrze!
Pies też się cieszy! Jego nie interesuje, że w ramach ratowania honoru chcę się podnieść jak najszybciej. Wniebowzięty rozsiada się na moich kolanach i zabiera się do lizania mojej twarzy. W końcu się zbieram, zapewniam psa, że jest wspaniale. Zapewniam siebie, że wokół nie ma dzików, które chcą mnie zamordować i pożreć. Ruszam dalej. Człapię, a nawet sunę!
Biada temu, kto zapatrzy się tropy moich nart i zacznie podążać tym śladem. Elegancką jazdą bym tego nie nazwała, ale kijami macham tak jak powinnam, czuję mięśnie, o których istnieniu zapomniałam. Jest dobrze.
Zapadł zmrok. Pies z wesołej ciapy zamienia się w tropiciela i strażnika. Wybiega przede mnie, strzyże uszami. A ja oczyma wyobraźni widzę te stada dzików, czekające na mnie między drzewami. Kto choć raz maszerował przez Ligotę nocą w ostatnich latach, pewnie mnie zrozumie. Na szczęście żaden się nie pojawia.
Wychodzę z lasu. Przede mną rozświetlona latarniami panorama mojej dzielnicy. Prawie Las Vegas. Prawie imponujące. Mijam bunkier, przebijam się przez chaszcze coraz mniej uczęszczanej ścieżki i trafiam na plac budowy. Kiedy ostatni raz tędy szłam, tego domu tu nie było... Teraz eleganckim ślizgiem trzeba tylko dojechać do mojej ulicy. Czuję się jak gwiazda, kiedy zapalają się nade mną kolejne przygarażowe lampy. Dumnie wypinam pierś, obserwowana przez sąsiadów, zerkających z okien... po czym staram się złapać równowagę. To dopiero musi być widok.
Docieram w końcu na moją ulicę. Czasoprzestrzeń się zapętla. Znowu mijam tych samych ministrantów z dzwonkiem.
Moja wyprawa trwała pół godziny. Zdążyłam w tym czasie zaliczyć trzy gleby, w tym jedną kontrolowaną i jedną z rozmachem. Żadne zwierzę się na mnie nie rzuciło, nie licząc rozradowanego psa. Chrzest bojowy zaliczony, mięśnie nieco podmęczone. Chyba trochę śniegu pod nartami przeleci, zanim będę mogła powiedzieć, że „uprawiam narciarstwo biegowe”.
Niemniej nadal twierdzę, że kocham to i na pewno na tym jednym wypadzie się nie skończy! XD
Subskrybuj:
Posty (Atom)