Dzisiaj szczęśliwym trafem wróciłam z roboty na tyle wcześnie, by móc w ten piękny dzionek śmignąć sobie na biegówkach.
Myślałam, ze tym razem to już nic ciekawego do opisania się nie zdarzy... A jednak!
Ogólnie rzecz biorąc, było hardcore'owo! Co chwila się wywalałam (ewidentnie jakaś taka rozproszona bywam pod koniec dnia chyba). Albo za bardzo się prostowałam, albo za bardzo przechylałam do przodu. Za bardzo w lewo, za bardzo w prawo, śnieg za głęboki, albo zbyt wyślizgany. Drzewa były zbyt blisko siebie, a gałęzie za nisko... No nie... Może aż tak źle to nie było.
Wynagrodziły mi te trudy wrażenia przyrodnicze. Obfitość tropów na odcinku "trakt leśny nr 3" (bagienka), a także widziane na żywo takie okazy fauny, jak taka wielka latająca czarna drapieżna kura z brązowym ogonem (Jastrząb albo co? Duże to było!), koziołek sarny oraz narciarz biegowy sztuk 1. Toż to dopiero rzadki garunek! W dodatku spotkany dwa razy na trasie. Wygląda na to, że przestaje być garunkiem zagrożonym wyginieciem. Osobnik na oko dość zdrowy. Prócz popularnych tropów dzików i saren (oraz psów) dość licznie występowały tropy narciarskie. Ze szczególnym natężeniem w odcinku "trakt leśny nr 4". Nie dziwota! Przyjemny odcinek. I taki "wyczynowy" w połaczeniu z "ulicą nr 6"! Rodzina moja wczoraj spotkała dwa inne osobniki, które wraz z psem północy przekraczały główny trakt. Trzebaby postawić jakieś znaki... "Uwaga dzikie zwierzęta" już stoi.
Tak to w radosnym przyrodniczym nastroju przemierzałam leśne trakty, ścieżki i dróżki, nie bacząc na niedogodności. Przyszedł czas na triumfalny zjazd moją ulicą... Co tu dużo mówić...
Ledwo skończył się spad dający stosowny rozpęd, a narta zatrzymała się na kamieniu albo kawałku lodu, a runęłam z impetem na lewe kolano, poczułam jak wywija mi się prawa noga (nie wiem jak, ale tak, że oparłam się o nosek narty), chwycił mnie niebotyczny skurcz w łydce, sycząc brzydkie angielskie słowo rzuciłam się do wiązań. Dalej sycząc wstałam, sprawnie zebrałam rozrzucone kije i narty, wbiłam je w śnieg na poboczu, po czym - już nie stanowiąc zagrozenia dla ewentualnego ruchu drogowego - oddałam się syczeniu, zawodzeniu, rozciąganiu nogi.
Angielskiemu "f..." nadałam bardziej metafizyczny ton, oddałam się kontemplacji własnego bólu. W tym czasie wierna towarzyszka typu pimpek ustawiła się do głaskania. Zdolniacha! Wie, co to dogoterapia. Wygłaskałam Muchę, powzdychałam jeszcze nad swoim losem. Po czym zdecydowałam się jednak zjechać w dół ulicy. Oczywiście zachowawczo.
Ulica nieprzyjemnie wyślizgana. Minęłam zaparkowany pod lasem samochód z bagażnikiem "biegówkowym" na dachu. W środku pies (typu pimpek albo jakiś taki york?). Obszczekała mnie bestia - pewnie z zazdrości!Ja tymczasem wbrew sile woli jechałam prosto między koła zaparkowanego pod jednym z domów busa. Szofer sparaliżowany moim widokiem (czy po prostu zaciekawiony?) śledził mój jednostajnie przyspieszony slizg prosto na zderzak jego samochodu. Ja tymczasem zniżyłam się maksymalnie do poziomu ziemi i klapnęłam z gracją.Żal mi tego pana. Biegówki to taki piękny sport, a biedaczysko akurat zetknął się z jego najmniej imponującą formą.
Stłuczone kolano i obolała łydka włączyły mi jednak opcję znieczulenia ambicji, więc wstałam, przeczłapałam na druga stronę ulicy i wyznaczając azymut dalszej jazdy ruszyłam dalej. Kiedy zbliżałam się już do kresu podróży, wjechałam na głębszy śneg, i klapnęłam z gracją, nim dosięgłam krawężnika (nauczona wcześniejszymi doświadczeniami!)Kiedy dumna (i jak zwykle blada) wchodziłam triumfalnie na podwórko (przeżyłam!), rodzic wniósł zastrzeżenie, cobym starała się hamować z większą gracją...
- Tate - odrzekłam - to taki styl właśnie! Naukowo udowodniono, że skutkiem hamowania na biegówkach, prędzej czy później ląduje się na d...pie. Ja zatem wyprzedzam fakty i właśnie staram się to czynić z gracją.Następnym razem przy takich warunkach wypnę narty i zejdę jak człowiek.
poniedziałek, 23 lutego 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz