Hehe Udało się! Już w zeszłym tygodniu coś mi mówiło, że się uda. Lustrowałam od jakiegoś czasu prognozy pogody. Z biegówek na Jurze w okolicach sylwestra nici. W końcu chwycił mróz i zaczęło pruszyć! Przyozdobiło nieco świat, ale skończyło się na zjeździe ze stoku na reklamówce i na spacerach z kijami po lesie. Wróciłam do domu, a tu mróz dalej trzyma i śniegu co nieco dosypuje Jakieś 10 cm teraz jest. Na moje oko i prognozę pogody, to może jeszcze dosypie, ale do weekendu nie dotrzyma - jeśli nie stopnieje przy sobotnim zerze, to i tak zrobi się pulpa i z człapania nici...
No więc, jako że dzisiaj nadarzyła się okazja, by wrócić w ekspresowym tempie z pracy - skorzystałam!Jechałam samochodem do domu z bananem na twarzy, obserwując pobocze i las, w którym planowałam pohasać, nim zapadnie zmrok. Kiedy dotarłam do domu (ścigając się ze zmrokiem), w panice przerzuciłam pół szafy w poszukiwaniu gaci, drugie pół szafy w poszukiwaniu skarpet. Zanurkowałam pod komodę po buty. (Wyciągnęłam je z najciemniejszego zakamarka szafy na początku grudnia, napastowałam, wymieniłam gazety... i schowałam. Trochę płycej. Czekały w gotowości) Wyciągnęłam kije zza szafy i narty z zeszłorocznym smarem z piwnicy... (W zeszłym roku skończyło się na smarowaniu. Śnieg moje narty zobaczyły dopiero dzisiaj)
Opis sprzętu
Narty – Polsport-Gorce (czy jakoś tak). Drewniane. Na pewno za krótkie. Smarowane świeczką, topione żelazkiem, benzyny ekstrakcyjnej nie widziały. Słowem – fuszerka i sromota. Ale się ślizgały
Wiązania typu NN 75 (Albo co... Takie z blaszką trzymającą kaczkowaty but i dwiema wypustkami)
Buty historyczne. Skórzane. Na oko – lata 70. Chociaż moje poprzednie (przedwojenne) są w lepszym stanie. Żółte sznurówki. To ważne. Optymizmem bije na odległość.
Kije nowe, kupione w Makro. Ładne. Srebrno-czarne. Przynajmniej długość mają dobrą.
Ciuchy. Gore-texy, polar-texy, wełno-teksy, sztrukso-teksy i inne szmelce
To się nazywa CARPE DIEM! Przebiegając przez kuchnię porwałam kawałek pieczeni, którą zmęczonymi rękami skończyłam po powrocie. Już się ćmiło, ale co tam! Taki piękny śnieg! Pies już przy boku. W drodze do furtki odpadła blaszka z wiązania... Wpycham blaszkę z powrotem! Na odwrót... Mocuję się z blaszką, żeby ją wyciągnąć, cztery razy sprawdzam, zanim znowu ją wepchnę, w końcu mocuję się, żeby ją wmontować z powrotem. Gotowe. Buty wpięte, ruszam w górę ulicy...
Mijam pobrzękujących dzwonkiem ministrantów. Dzisiaj prawa strona ulicy ma kolędę. Zasada dotycząca smarowania na trzymanie odcinka pod stopą jest słuszna... Następnym razem się do niej zastosuję... Jakoś, wdrapując się na kijach pod (lekką bądź, co bądź) górkę docieram do lasu. Pies w tym czasie zdążył zrobić niezliczoną ilość okrążeń i pewnie zdążyłby kilka razy przebiec moją trasę. Jest dobrze. Nic się nie wypięło. No! To teraz śmigam! No... To może za duże słowo... Sunę... Posuwam się do przodu... Człapię... Na jednym odcinku nawet się ładnie rozpędziłam. Gleba!... W najpiękniejszym momencie trafiłam na kamień pod cienką warstwą śniegu. Narta się zatrzymała, ja poleciałam dalej. Ale się nie wypięłam! Jest dobrze!
Pies też się cieszy! Jego nie interesuje, że w ramach ratowania honoru chcę się podnieść jak najszybciej. Wniebowzięty rozsiada się na moich kolanach i zabiera się do lizania mojej twarzy. W końcu się zbieram, zapewniam psa, że jest wspaniale. Zapewniam siebie, że wokół nie ma dzików, które chcą mnie zamordować i pożreć. Ruszam dalej. Człapię, a nawet sunę!
Biada temu, kto zapatrzy się tropy moich nart i zacznie podążać tym śladem. Elegancką jazdą bym tego nie nazwała, ale kijami macham tak jak powinnam, czuję mięśnie, o których istnieniu zapomniałam. Jest dobrze.
Zapadł zmrok. Pies z wesołej ciapy zamienia się w tropiciela i strażnika. Wybiega przede mnie, strzyże uszami. A ja oczyma wyobraźni widzę te stada dzików, czekające na mnie między drzewami. Kto choć raz maszerował przez Ligotę nocą w ostatnich latach, pewnie mnie zrozumie. Na szczęście żaden się nie pojawia.
Wychodzę z lasu. Przede mną rozświetlona latarniami panorama mojej dzielnicy. Prawie Las Vegas. Prawie imponujące. Mijam bunkier, przebijam się przez chaszcze coraz mniej uczęszczanej ścieżki i trafiam na plac budowy. Kiedy ostatni raz tędy szłam, tego domu tu nie było... Teraz eleganckim ślizgiem trzeba tylko dojechać do mojej ulicy. Czuję się jak gwiazda, kiedy zapalają się nade mną kolejne przygarażowe lampy. Dumnie wypinam pierś, obserwowana przez sąsiadów, zerkających z okien... po czym staram się złapać równowagę. To dopiero musi być widok.
Docieram w końcu na moją ulicę. Czasoprzestrzeń się zapętla. Znowu mijam tych samych ministrantów z dzwonkiem.
Moja wyprawa trwała pół godziny. Zdążyłam w tym czasie zaliczyć trzy gleby, w tym jedną kontrolowaną i jedną z rozmachem. Żadne zwierzę się na mnie nie rzuciło, nie licząc rozradowanego psa. Chrzest bojowy zaliczony, mięśnie nieco podmęczone. Chyba trochę śniegu pod nartami przeleci, zanim będę mogła powiedzieć, że „uprawiam narciarstwo biegowe”.
Niemniej nadal twierdzę, że kocham to i na pewno na tym jednym wypadzie się nie skończy! XD
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz